- Wyjaśniłem ci przecież, jaka jest sytuacja! - Spójrz na ich cienie. Ten szerszy wulkan ma uśmiechnięty cień, a ten węższy ma cień bardzo ponury... - Spałaś - powtórzył, a w jego oczach zamigotało roz¬bawienie. - Wiem coś o tym. Oparłaś głowę na moim ra¬mieniu, więc nie mogłem się ruszyć. Do tej pory mam zesztywniały kark, a do tego plamę na koszuli, bo pieluszka Henry'ego przesiąkła... Jest więc dowód. - I... - nie wytrzymała Róża. Mark słuchał jednym uchem. Nie potrafił oprzeć się po¬kusie i znów wyjrzał przez okno. Tammy leżała na trawie, tym razem na wznak, trzymając Henry'ego nad sobą w wyciągniętych ramionach, gaworząc, jakby sama była dziec¬kiem. Ich radość była tak zaraźliwa, że Mark nie mógł się nie uśmiechnąć. - Jesteś bardzo pięknym kwiatem - mówił Motyl uwodzicielskim głosem. - Uważam, że Chris mógł zamordować Danny'ego. Może zażartujesz również z tego. Beck wstał i dwoma długimi krokami pokonał dzielącą ich odległość. - To by cię ucieszyło, prawda? Mogłabyś wtedy uzasadnić swoją nienawiść do brata i ojca, zemścić się na nich. - Nie chodzi mi o zemstę. - Nie? - Nie. - Więc o co ci chodzi? - O sprawiedliwość - odpowiedziała gniewnie. - Ponieważ jesteś prawnikiem, myślałam... miałam nadzieję, że ty również tego pragniesz. Chociaż, z drugiej strony, mieszkasz przecież za darmo w ich domu. Beck wydał z siebie gniewny pomruk. - To akurat ma się nijak do całej sprawy. Tak czy owak, nie powinienem o tym rozmawiać. Jestem ich prawnikiem. - Nie jesteś obrońcą. - Chris nie potrzebuje obrońcy. - Jesteś pewien? Ich spojrzenia skrzyżowały się na długą, długą chwilę. Beck pierwszy odwrócił wzrok. Przeciągnął dłonią po włosach i zaprosił ją z powrotem na huśtawkę. - W porządku, Sayre. Porozmawiajmy. Nie obiecuję, że udzielę ci jakichś informacji, ale jestem gotów cię wysłuchać. Chciała odpowiedzi na pytanie, które nie dawało jej spokoju, ale była związana obietnicą poczynioną Jessice DeBlance i etyką zawodową Becka. Przez chwilę w milczeniu zbierała myśli. - Czy ostatnimi czasy Chris i Danny kłócili się o coś? - spytała wreszcie. - O „coś"? Widać, że nie było cię tutaj bardzo długo. Danny i Chris spierali się o wszystko, począwszy od stawek godzinowych, jakie płacimy nowym pracownikom, przez drużyny futbolowe Uniwersytetu Stanowego Luizjany do przewagi coca-coli nad pepsi. - Nie chodzi mi o nieistotne utarczki słowne, lecz o spór o coś znacznie poważniejszego. - Religia Danny'ego - odparł bez wahania. - Spierali się o to w klubie, na dzień przed śmiercią Danny'ego. Huff poprosił Chrisa, by porozmawiał z bratem, spróbował go „zawrócić z drogi". Chris okazał ogromne lekceważenie wobec Boga i Danny się obraził. To żadna tajemnica. Kilka osób obecnych w klubie słyszało ich kłótnię i opowiedziało o niej detektywowi Scottowi. - Czy któryś z tych świadków słyszał, o czym dokładnie mówili? - Nic mi o tym nie wiadomo. - Czy Chris powiedział ci, o co poszło? Cofam pytanie - potrząsnęła głową. - Wiem, że i tak nie mógłbyś mi tego powtórzyć. - Nie mógłbym, ale jeśli już przy tym jesteśmy, to owszem, Chris przyznał się, co powiedział. Kłócili się o nowo odnalezioną wiarę Danny'ego i uczynił kilka uwag, które bardzo zdenerwowały jego brata. Nie zdradził mi więcej szczegółów. Frito przyczłapał i trącił ją wielkim łbem. Wyciągnęła rękę i pogładziła go po grzbiecie. - Jestem zazdrosny - powiedział Beck. - Rzeczywiście, chyba mnie lubi. - Nie jestem zazdrosny o ciebie, tylko o Frita - powiedział wyraźnie poruszony, patrząc jej prosto w oczy. - Jak to jest, że w jednej chwili jestem na ciebie cholernie wściekły, a w drugiej chcę być... - Nie rób tego. zaśmiał się krótko. - Przysłał kwiaty na grób Danny'ego? - Uwierzysz w tupet tego drania? Sally wyśle mu podziękowania w moim imieniu - warknął Huff. Sally była jego asystentką. - Chciałem przejrzeć kondolencje, zanim jej przekażę, dlatego wpadł mi w ręce list od Nielsona. Nie mogę uwierzyć, że wykorzystał śmierć mojego syna, żeby mi dokuczyć. - Ten człowiek ma odwagę. Udało ci się może przejrzeć papiery, które ci zostawiłem? - Przeczytałem wystarczająco dużo, by zrozumieć, że Nielson chce się dorobić nazwiska. Te artykuły w gazetach brzmią tak samo, jak jego oświadczenia prasowe. - Zgadzam się - odparł Beck. - Niemniej zostały opublikowane. To człowiek, który szuka rozgłosu. Stoi na mównicy, waląc się w piersi, ale ludzie go słuchają i biorą sobie do serca to, co mówi. Jak do tej pory, obierał sobie za cel jedynie małe przedsiębiorstwa, ale zawsze udawało mu się założyć w nich związki zawodowe albo uzyskać od dyrekcji tych przedsiębiorstw ogromne ustępstwa na rzecz pracowników. Obawiam się, że niesiony na fali sukcesu ma apetyt na coś większego, co umieści go w samym centrum uwagi mediów. - I że jego celem może być Hoyle Enterprises. - To oczywisty wybór, Huff. Hoyle Enterprises to doskonały cel. Jesteśmy samowystarczalnym przedsiębiorstwem. Nie wykonujemy zleceń dla innych przemysłowców. Jeżeli zawiedzie chociaż jeden z etapów wytapiania lub odlewania... - ... ucierpi cała produkcja, nie dotrzymamy zobowiązań i firma splajtuje. - Jestem pewien, że Nielson zdaje sobie z tego sprawę, a tak się niefortunnie składa, że mieliśmy tu kilka poważnych wypadków przy pracy, również śmiertelnych. Huff zerwał się z fotela z okrzykiem „Cholera!" i stanął przy oknie. Spoglądając w dół, rzucił gniewnie: - Czy wiesz, ilu naszych pracowników nigdy nie miało wypadku przy pracy? Hę? - Odwrócił się i spojrzał na Becka. - Setki. Czy gazety o tym piszą? Czy ci wszyscy unijni agitatorzy pikietują z takimi statystykami wypisanymi na transparentach? Oczywiście, że nie. Ale wystarczy tylko, że któryś z pracowników się lekko skaleczy i od razu robi się z tego sensacja. „Lekkie skaleczenie" było zdecydowanym eufemizmem w przypadku wykrwawienia się spowodowanego zmiażdżeniem nogi przez rury, które zsunęły się z niezabezpieczonego i niekontrolowanego wibrującego przenośnika, utraty palca podczas pracy przy maszynie bez awaryjnego wyłącznika czy też poparzenia, które dosłownie stopiło ciało aż do kości. Beck powstrzymał się jednak od komentarza. Huff był zbyt nakręcony, żeby przywodzić go teraz do rozsądku. - Też mi wiadomości w „Network" - złościł się dalej Huff. - Zupełnie jakby ktoś w Nowym Jorku albo Waszyngtonie wiedział coś na temat naszego życia. Banda ciotowatych liberałów, szukających sensacji komunistów. Napiszą o jakimś wypadku przy pracy i następnego dnia mam na głowie inspektorów rządowych, paradujących z tymi swoimi notatnikami, usłużnie nasłuchujących i zapisujących najmniejsze biadolenie tych jęczybuł. - Machnął ręką z papierosem w kierunku pracujących na dole mężczyzn. - Czy wiesz, jak bardzo byłbym wdzięczny za ich posadę w czasach, kiedy byłem jeszcze dzieckiem? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak mój ojciec cieszyłby się z comiesięcznego czeku? - Tłumaczysz to wszystko niewłaściwej osobie, Huff - odparł łagodnie Beck. - Uspokój się, zanim dostaniesz ataku serca. - To wszystko kupa gówna - wymruczał Huff, wracając za biurko. Opadł na fotel, dysząc ciężko, czerwony ze złości. - Bierzesz leki na nadciśnienie? jakby bał się, że znów zostawią go samego. - Rozmawiałam z Luce Daly - powiedziała Sayre. - Clark jutro wyjdzie ze szpitala. Jego koledzy z pracy poprosili, aby reprezentował ich przed komisją OSHA. Nie będzie mógł zrobić zbyt wiele, dopóki w pełni nie dojdzie do siebie, ale takie wotum zaufania powinno przyspieszyć jego rekonwalescencję. To i świadomość, że ludzie, którzy go pobili, są w więzieniu. Luce prosiła, aby podziękować ci za dotrzymanie słowa. - Przynajmniej tyle mogłem zrobić. - Dzwoniłam również do Jessiki DeBlance. Opowiedziałam jej, co się dziś wydarzyło. Udało mi się wyprzedzić wiadomości dziennika zaledwie o pół godziny. Podziękowała, że mogła dowiedzieć się wszystkiego wcześniej, z moich ust. To bardzo miła kobieta, Beck. Kiedy przyznałam się, że nie odbierałam telefonów od Danny'ego przed jego śmiercią, powiedziała, bym się tym nie zadręczała. Danny by nie chciał, żebym się za to obwiniła. Powiedziała również, że modliła się za nas wszystkich, za Chrisa również. Cieszę się, że Danny mógł doświadczyć tak wspaniale wybaczającej miłości, choćby tylko przez krótką chwilę, - Ja też. - Spodobałaby ci się Jessica. - Ale ja mógłbym się nie spodobać jej - odparł Beck. - Dla większości ludzi jestem wciąż wrogiem. - Możesz powiedzieć im, że to ty byłeś Charlesem Nielsonem. - Nie. Nielson musi zniknąć w niebycie, z którego wychynął. Zainteresowanie społeczeństwa jest bardzo krótkotrwałe. Za kilka miesięcy nikt nie będzie o nim pamiętał. - Co z ludźmi, którzy pikietowali przed fabryką? Co z Paulikami? - Nielson poleci im innego prawnika. Lepszego. - Co zamierzasz robić? - Chodzi ci o moją przyszłość? Wszystko zależy od ciebie, Sayre. Hoyle Enterprises należy teraz do ciebie, a ja jestem twoim pracownikiem. Jakie masz wobec mnie plany? - Czy możesz przekazać mi pełnomocnictwo? - Biorąc pod uwagę stan, w jakim znajduje się Huff, nie powinno być z tym problemu. - Kiedy już będę mogła podejmować wszystkie decyzje dotyczące przedsiębiorstwa, chcę wystawić Hoyle Enterprises na sprzedaż. Nie chcę tej fabryki, ale nie mogę tak po prostu jej zamknąć i pozostawić całe miasto bez struktury ekonomicznej. Gdy tylko wszystkie wymagania OSHA zostaną spełnione, sprzedaj odlewnię jakiejś odpowiedzialnej kompanii, nieskazitelnej pod względem przestrzegania przepisów BHP i uznającej związki zawodowe. Inaczej nici ze sprzedaży. - Rozumiem i zgadzam się. Mam kilku doskonałych kandydatów, firmy, które już wcześniej kontaktowały się ze mną. Zawsze odpowiadałem im, że Huff nigdy nie sprzeda fabryki. Będą zadowoleni ze zmiany sytuacji. - Tak długo, jak fabryka będzie zamknięta dla potrzeb inspekcji OSHA chcę, aby wszyscy pracownicy otrzymywali pełne wynagrodzenie. - W porządku - odparł. - Zostanę, dopóki wszystkiego nie załatwię. - A potem? - Może zajmę się doradztwem. Mógłbym zajmować się kontaktami między kierownictwem a związkami zawodowymi podczas dużych operacji, takich jak sprzedaż Hoyle. Mam doskonałe doświadczenie. Oboje sądzili, że są głodni, ale kiedy zaczęli jeść, odkryli, że nie mają apetytu. Sayre skubnęła posmarowanego masłem krakersa. - Zrobiłaś mi śniadanie? - spytał, zaskoczony i rozbawiony. - Ach, chciałaś mi jakoś wynagrodzić to, że tak mnie porzuciłaś wczoraj? - Mógłbyś wybrać się ze mną w tę podróż, tak jak na planetę Szczęśliwego Imienia. Wystarczy, że pochylisz się - Do tego księcia, który teraz tam rządzi? Jak mu na imię? Ingrid odegra rolę księżniczki, a jej przypadnie rola ubo¬giej krewnej, żebraczki prawie. To jej się nie uśmiechało. - Jesteś bardzo pięknym kwiatem. Nie spotkałem dotąd kwiatu tak pięknego jak ty, o tak cudownych płatkach, o tak
- Skoro nie jesteś królem, to po co oferujesz mi przyjaźń?! - Król powrócił do swego władczego tonu. - Jeśli - Mark, ja nie... - Wypożyczyli bobslej i zjechali czarną trasą, wie pani, najtrudniejszą, przeznaczoną dla najbardziej doświadczo¬nych zawodników. Czysta głupota! Niestety, byli pijani.
– Mam nadzieję, że Georgie albo J.T. nie mieli z tym nic Tłum cofnął się nieco. Bardzo z siebie zadowolona Barbara stała na tylnej werandzie
- Ja go mam, Vixen - oznajmił lord William Landry, unosząc w górę delikatny przedmiot z kości słoniowej. - Oddam ci... w zamian za pocałunek. znajomości potrafiła dostrzec w tym geście oznakę zdenerwowania. Uważała, że Jack zachowuje się dziecinnie, ale nie chciała go
- Nie, nie jestem królem, jestem tylko... - zaczął wyjaśniać Mały Książę, ale Król nie pozwolił mu dokończyć - Zamierza pani zostać u nas tak długo? - Nie! z ogromną szybkością wprost ku Małemu Księciu. Zanim Mały Książę uświadomił sobie niebezpieczeństwo, poczuł - Całkiem możliwe. Widziałem twoją siostrę tylko raz, na jej ślubie i chociaż wyglądała po królewsku, zrobiła na mnie wrażenie osoby słabej i uległej, którą łatwo kierować. Ochmistrzyni powinna wylecieć z roboty, pomyślał. I to natychmiast. - Poprosiłem panią o... - zaczął Mark, lecz Tammy przerwała mu: